Wtorek, 03.07.12, godz. 20:17

Grad, który przywitał nas w Warszawie.

Dzisiaj przejechaliśmy samochodem kawał Polski, ale w końcu szczęśliwie dotarliśmy do hotelu przy Centrum Zdrowia Dziecka.

Nie jechaliśmy przez Warszawę. Objechaliśmy ją od południowej strony przez Grójec i Górę Kalwarii. Ukrop był niemiłosierny, na szczęście w samochodzie mamy dobrą klimatyzację.

Po pół godziny od podjechania pod hotel nastąpiło oberwanie chmury i przez dłuższy czas sypały się z nieba pokaźne kulki gradu (patrz obok zdjęcie z mojej komórki). Nakryłem czymś samochód, stanąłem na dworze i modliłem się, żeby nie popękały szyby, ale wydaje się, że wszystko jest OK, choć tak naprawdę to okaże się dopiero jutro.

W hotelu mamy pokój wynajęty tylko na jedną dobę – cały budynek jest nabity ludźmi. Kobiety w recepcji naburczały na nas, że trzeba myśleć wcześniej i rezerwować hotel, ale my nigdy wcześniej nie wiemy, kiedy zacznie się leczenie, bo to zależy od stanu krwi Szymona. Więc jak mamy rezerwować wcześniej? Jak mamy planować to, czego nie da się zaplanować, a my możemy jedynie dostosowywać się do sytuacji?

Ja jutro idę z Szymkiem na oddział, ale nie wiem, co zrobię z Dorotą i dziećmi. Modliliśmy się i mam nadzieję, że jutro rano zwolni się jakiś pokój w hotelu. Jeśli nie, to Dorota będzie szukała gdzieś jakiejś kwatery w Warszawie.

Z powodu choroby Szymona całe moje życie jest zaprzeczeniem tego, czym było wcześniej. Nic nie jest zaplanowane, żyjemy z dnia na dzień. Przestałem się przejmować. Po prostu robię to, co mogę i co powinienem, resztę pozostawiam Bogu. „Jutrzejszy dzień” będzie miał swoje troski, po co martwić się zbytnio na zapas. Od miesięcy nie otwierałem swojego kalendarza.

To szok, jak te dni szybko mijają. Tyle miałem rzeczy do zrobienia w domu, nie wiem, czy choć jedną zrobiłem dobrze…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *