Sobota, 07.07.12, godz. 21:57

Chemia, która płynie Szymonowi w żyły.

Teraz na czasomierzu na moim komputerze jest godzina 21:24. Mija nasz czwarty „szpitalny dzień”. Można byłoby go podsumować słowami:

Czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

Czekamy…

…aż to się skończy i nas wypuszczą stąd.

Czuję się, jakbym był w jakimś więzieniu. Na pewno zatrzymałem się w życiu jak traktor, który wpadł w głęboki rów i połamał koła.

Trudno nam się skoncentrować na czymś sensownym i konstruktywnym. Czas tu wolno płynie i człowiek czuje się jakiś taki rozbity. Wziąłem masę „pracy”, nad którą zamierzałem się skupić: 2 książki do dokończenia, listę e-maili do napisania, posty na blogi do dopracowania, ale będzie musiało to wszystko poczekać parę dni, aż wyjdziemy stąd na wolność.

Ogólnie rzecz biorąc Szymonek znosił dzień dobrze. Po południu zaczął trochę rozkładać się emocjonalnie i kategorycznie żądał ode mnie, abym natychmiast zabrał go do domu. Powiedział, że on już nie chce być leczony i koniec!

Około dwudziestej zaczął histeryzować i dziwnie się zachowywać. Po chwili zorientowałem się, że boli go ręka, do której podają mu chemię. Ręka została sprawdzona, ale na szczęście żyła nie pękła i nie ma wynaczynienia. Zmieniono mu opatrunek i zmniejszono strumień przepływu płynu. Powiedziano, że będzie płynął do żyły non stop do jutra, do godz. 15:00 (czyli Szymon łącznie będzie podłączony non-stop ponad 27h).

Pani, która przyszła na kontrolę powiedziała, że może zaczynają się jakieś powikłania, ale wierzę, że nie…

Dostał jakieś leki przeciwbólowe i uspokajające, i teraz śpi niespokojnym snem. A ja koło niego siedzę i się denerwuję.

Na naszej sali zostaliśmy sami. Pozostali rano skończyli brać chemię i tylko my zostaliśmy. To wpłynęło na Szymka dodatkowo stresująco. Inni pojechali do domu, a on został. Woli być z innymi dziećmi.

Na szczęście jest Bóg. On nigdy nie wyjeżdża. Mogę tylko obserwować Szymka i modlić się o niego.

Zostało nam jeszcze tylko 17 godzin chemii. (To ostatnia doba z ostaniego kursu chemii.) Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i nie będzie żadnych powikłań. Po prostu pozostaje uzbroić się w cierpliwość, modlić się i czekać, wierząc, że wszystko będzie dobrze.

Nie bać się, nie wymyślać czarnych scenariuszy, ale wzrastać w wierze i czekać na to, co dobre przed nami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *