Poniedziałek, 04.06.12, godz. 19:43

Od tygodnia mam taki sobie czas. Choroba Szymona boli mnie coraz bardziej. Trudno mi się skoncentrować na robieniu właściwych rzeczy w natłoku tych wszystkich rzeczy, którymi muszę się zająć. Po raz pierwszy od dwudziestu lat jestem kiepsko skoncentrowany i raczej niezdyscyplinowany. Jestem przeciwieństwem tego kim byłem do tej pory przez ubiegłe dwadzieścia lat. Jakaś gumka we mnie strzeliła, albo „coś”…

Przeszedłem na „tryb awaryjny”. Robię wszystko to, co muszę, ale trudno mi zrobić coś więcej. Czuję się jak okręt podwodny, któremu „nawaliło” zasilanie i są podtrzymywane tylko najbardziej kluczowe systemy. Mam nadzieję, że jakoś wybudzę się z tej „psychozy”. Czuję się tak, jakbym zapadał się w jakiś sen zimowy, albo w „coś takiego”…

Właśnie trzymam w rękach dokumenty potwierdzające niepełnosprawność Szymona. To straszne uświadomić sobie, że ma się dziecko z jakimś stopniem inwalidztwa. Czuję się tak, jakby ktoś zalał moje wnętrze ołowiem, wyrzucił mnie za burtę, a fale zamknęły się nad moją głową. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego.

Mój syn ma nowotwór, a ja odczuwam ból. On ma orzeczenie o niepełnosprawności, a ja zaczynam czuć się jak jakiś mentalny i emocjonalny inwalida.

Choć to wszystko ma jedną dobrą stronę – koniec na razie z poszukiwaniem miejsca parkingowego!

(Wyraziłem w tym wpisie swoje serce. Proszę nie piszcie żadnych rzeczy, których celem miałoby być pocieszenie. Nie o to chodzi. Po prostu boli mnie choroba Szymka i tyle. Psia kość! Nic do tego nie potrzeba dodawać.)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *