Czwartek, 14.06.12, godz. 18:37

Dzisiaj zostaliśmy wypisani ze szpitala.

Rano Szymonowi przez dwie godziny podawali chemię.

Nie chciał nic jejść. Zaraz po przebudzeniu kazał mi tylko szybko lecieć do sklepu po niegazowaną wodę.

Od samego obudzenia miał kiepski humor, jak zresztą prawie wszystkie dzieciaki wokoło, które brały chemię już trzeci dzień. Muchy w nosie to chyba miał wielkości trzmieli. Gdy mu jego nauczycielka zakomunikowała, że przed wyjściem ze szpitala musi jeszcze mieć lekcje z matematyki i polskiego, to zaczął tak gorzko płakać, jakby miał zaraz być poprowadzony na szafot, a po policzkach zaczęły mu się toczyć łzy wielkości grochu.

Nauczycielka zmierzyła mnie spojrzeniem i zapytała: „Co mu jest?”, na to odpowiedziałem: „Pasja do nauki u młodego pokolenia, jak mniemam”. Chociaż to zapewne leki i Germinoma trochę tak na niego działają. Ale jakoś go pani w końcu udobruchała i za chwilę już się zaśmiewał.

Dostaliśmy ze szkoły w Centrum Zdrowia Dziecka wypis z ocenami. Nie wiem, jak te nauczycielki funkcjonują psychicznie, ucząc całymi latami tych małych, chorych, „łysych”, podłączonych do rurek, humorzastych osobników…

W czasie obiadu chciałem go trochę podkarmić, aby miał siłę dojść do hotelu, bo przez trzy dni prawie nic nie jadł, ale zjadł kawałek mięsa i zaczął „haftować” do miski.

Potem trochę pobiegałem z karteluszkami i wolność.

Wpółdo czwartej przyjechał pastor Marek Ciesiólka i wziął na przechowanie karton z naszymi szpitalnymi gratami i moje łóżko do spania (to się nie zawaliło pode mną, choć spałem z duszą na ramieniu).

Gdy opuszczaliśmy oddział, pani pielęgniarka chwyciła Szymka i trochę się z nim powygłupiała. Po chwili powiedziała: „On jakiś taki słabowaty. Ledwo na nogach stoi. Słania się. Czy on naprawdę dobrze się czuje? Czy może opuścić szpital?”

„Jak nie ma być słabowaty? – zapytałem – Trzy dni nie jadł i wymiotował. Dzisiaj go trochę podkarmię i zobaczymy”.

Wtedy Szymon podszedł do windy, pierwszy raz od trzech dni uśmiechnął się od ucha do ucha i zrobił coś, co mnie zupelnie zaskoczyło – odtańczył taniec radośći, a potem powiedział do mnie: „Jedziemy stąd”.

„No, nieźle” – pomyślałem sobie.

Przemieszczając się korytarzami do hotelu zakomunkował mi, że chce rosół i magi, i w ogóle ma do mnie żal, że w szpitalu mu nie załatwiłem rosołu. Więc po drodze zaszliśmy do jakiegoś baru i kupiłem mu rosół. Zupa była niesmaczna jak diabli, ale dolał sobie magii i zjadł pół talerza. Przynajmniej zaczął jeść.

Wziąłęm dodatkową dobę w hotelu. Chcę go dokładnie umyć po chemii, którą brał. Po raz pierwszy od operacji, którą miał na początku kwietnia, umyję mu też głowę. Dopiero teraz ma w pełni zagojone rany.

Jutro, jeśli będzie się dobrze czuł i nie będzie wymiotował wyruszymy w drogę do domu.

Norbert Palimąka, prezes fundacji ESPA, złożył podanie w PLL LOT o możliwość zakupienia biletów z ruchomą datą. (Leczenie Szymona jest uzależnione od stanu jego krwi, poza tym, nigdy nie wiadomo, jak będzie reagował na chemię, z tego też powodu z wyprzedzeniem nie wiemy, kiedy konkretnie będziemy podróżować.) Ciekawy jestem jak ta firma zareaguje na naszą prośbę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *